— A potem zrobiło mi się wesoło na duszy. Stałem się jakoś żywszy, skory do śmiechu. Twarz moja pozostała nieruchoma, wargi nie poruszały się, a mimo to nie opuszczał mnie śmiech... Śmiałem się dobrym, wspaniałym, serdecznym, pełnym zadowolenia, śmiechem.
— To jest to! To z radości!
— A potem coś we mnie zadźwięczało. Było to coś w rodzaju początku melodii.
Przełożony jeszywy zerwał się z ławki i jednym susem zbliżył się do swego ucznia.
— No, i co dalej?
— Potem usłyszałem, jak we mnie coś się rozśpiewało.
— Coś wtedy czuł? Co? Powiedz!
— Czułem, że wszystkie moje zmysły są jakby zatkane, a wewnątrz mnie coś śpiewa... A śpiewa tak, jak się należy. Bez słów. Ot tak...
— Jak? Jak?
— Nie. Nie pamiętam. Teraz nie umiem... Przedtem umiałem... a potem z tego śpiewu zrobiło się, zrobiło się...