— Córuchno, Sarciu, korono ty moja, bądź taka dobra i skocz do sklepu po sól.
Surele nie reaguje. Matka przypada do niej i zaczyna całować. Powołuje się przy tym na religijny nakaz „czcij matkę swą”.
— Jeśli nie chcesz, to odcedź kartofle, a ja skoczę po sól.
Wstaje wtedy Surele z łóżka i idzie po sól.
Mija chwila, mija druga chwila, mija trzecia, kartofle już odcedzone, a Surele nie wraca. A sklep jest tuż naprzeciw domu. Biegnie wdowa do drzwi, otwiera je i patrzy to na sklep, to na podwórze przy sklepie. Surele jak nie ma, tak nie ma. Woła więc: „Surele, Surele!” Nikt nie odpowiada. Ogarnia ją strach. Bierze szal i wybiega z domu. Serce jej podpowiada że, uchowaj Bóg, coś niedobrego się zdarzyło.
A serce matki posiada coś z proroka.
I rzeczywiście wydarzyło się nieszczęście.
Kiedy Surele leżała w łóżku rozwiązał jej się zapewne sznurek od fartucha i idąc podwórzem do sklepu nie poczuła, jak z niej spadł. A kiedy weszła do sklepu i otworzyła usta, żeby powiedzieć „sól”, wydobył się z nich okrzyk podobny do krzyku chłopów na brzegu: „Hu! Ha!”.
Dybuk wszedł w nią przez otwarte usta.
Zrywa z głowy chustę i włosy rozwichrzone spadają jej na szyję i ramiona.