Przez całą sobotę daremnie zmagano się z melancholią. Po pierwsze z powodu małego grona zgromadzonych. Małego tak pod względem ilości, jak i jakości. A był to już początek walki toczonej między rabim Nachmanke i pozostałymi cadykami7 jego pokolenia. Żydzi trochę się z tego powodu przestraszyli i woleli trzymać się z daleka. Mogło to się bowiem, broń Boże, zakończyć katastrofą. Ta walka wyglądała na dzieło przynoszące zagładę.
— Moje wojska — powiedział rabi Nachmanke — jeszcze nie wąchały prochu.
Zresztą, jak już nadmieniłem, cały dzień był owiany smutkiem.
Rano, w porze mykwy8 nic tego nie zapowiadało.
Słońce, choć trochę chłodnawe, jednak świeciło, słońce bowiem to słońce.
Na niebie pojawiło się kilka chmur. I oto powiał wiaterek, rozerwał chmury na części i odpędził je od słońca.
— Ono nas pocieszy — oświadczył rabi Nachmanke, wskazując palcem na słońce.
Nie sprawdziły się jednak słowa rabiego Nachmanke. Oderwane części chmur znowu się połączyły i podczas porannej modlitwy niebo było już zaciągnięte parochetem9 jak w Szabat Chazon10.
Wiatr nie wygrał i wobec tego rabi zaczął odmawiać treny.
My siedzimy przy stole i śpiewamy zmires — pieśni sobotnie, a na dworze wiatr śpiewa treny — lamentacje. I szyby w oknach podtrzymują i wtórują trenom. I czynią to z takim smutkiem, że my, śpiewający dotychczas radosne pieśni, powoli przechodzimy do smutnych melodii, właściwych w okresie Strasznych Dni11.