— Nieszczęsny głuptas, ale w jego grze coś ważnego tkwi. Coś musi tkwić.
Niektórzy zaś wyrażali swoje zdanie w taki sposób:
— Nieszczęsna z niego istota. Nie potrafi mówić, ale chce rozmawiać z Bogiem.
Pewnego razu odbyło się w Tomaszowie wielkie wesele. Takie wesele zdarza się raz na pięćdziesiąt lat. Okazja bowiem była nie lada. Oto rabin z Krakowa żenił syna z córką parnasa10 z Lublina. W środku drogi między Krakowem a Lublinem leży Tomaszów. Wymarzone miasto dla tego wesela.
Parnas z Lublina chciał olśnić krakowskiego rabina przepychem przygotowanego przez siebie wesela. Niech wie — myślał w duchu — z kim wchodzi w związek rodzinny.
W tym celu polecił wytoczyć z piwnicy beczkę złotówek na koszta wesela. Zawczasu wyprawił do Tomaszowa grupę kelnerów i służących, żeby wszystko przygotowali z rozmachem. Z przepychem godnym króla. Tak jak przystoi lubelskiemu bogaczowi, który doznał szczęścia spokrewnienia się z krakowskim rabinem.
Przybyli więc z Lublina kelnerzy i słudzy i zabrali się do wyszukania odpowiednio dużego lokalu, w którym miałoby się odbyć wesele.
A gości będzie co niemiara. Z Lublina, Krakowa i rzecz jasna z Tomaszowa. Będą to Żydzi bogaci i nobliwi. Uczeni w Piśmie, rabini i sędziowie.
I trzy kapele będą grały: lubelska, krakowska i tomaszowska. Ta ostatnia też jest dobra i koniecznie chce grać na tak wspaniałym weselu.
Tuż za miastem stoi ogromna szopa, w której zimą suszyło się drewno, które kupcy spławiali do Gdańska. Teraz załadowane nim barki płyną już Wisłą. Na koszt lubelskiego parnasa wynajmują kelnerzy tę właśnie szopę. Istną arkę. Zamawiają u malarzy obrazy, które potem zawieszają na ścianach szopy. Dekorują szopę zwisającymi z sufitu girlandami tak, że przypominają gałęzie w Szałasie podczas święta Sukot11. Ustawiają w szopie-arce rzędy stołów. Oddzielne dla mężczyzn i kobiet.