Przymaszerowało nas ze czterdziestu z okolicznych wsi do Ostrowa15, gdzie zaraz nas zapisali do dragonów16. Tu inaczej trzeba było słuchać, jak p. ekonoma! Nieraz mi matuś mówili: „Oj, Ignaś, Ignaś, kto nie słucha ojca i matki, ten będzie słuchał psiej skóry”17.
Nie mieliśmy tam bębna przy kawalerii, ale trąbkę — toć18 już na jedno wyjdzie.
Jak zaczęli nas uganiać: „Marsz, langsam19, szryt20” i różnie nam nogi wyciągać, a prostować, a szykować, to aż się nogi trzęsły; a trzymaj nogę do góry; a pan unteroficer patrzy i ogląda, czy dobrze; aż nieraz już człowiek myślał, że się obali.
Ani jadło nie smakowało, a jak się człowiek układł, to ani wiedział, jak usnął, niby kawał drzewa.
Najgorsze to już były te pierwsze sześć tygodni, nim nas wsadzili do szwadronu; jedyną to już moją pociechą była gniada klacz moja. Już ta klacz prawdziwie ludzki rozum miała! Jak zatrąbili, to ja jeno cugle puścił, a ta jucha21 szła, jak była komenda. Nieraz nie mogliśmy się wydziwić, jaki to rozum miała.
Jak nas rekrutów na konie powsadzali, to już było pół biedy; ale to na piechotkę mustrowanie22, a ten (niech go tam Pan Bóg skarze) „langsame-szryt”23 to już niepodobna ani.
Przez całą zimę nas mustrowali — ale ten karabinek, cośmy mieli u dragonów, to nam nieraz zbrzydł, choć na wojnie bardzo dobra rzecz.
2. Na Moskala!
Ludzie coraz bardziej zaczęli gadać między sobą, jak to te Moskale niby zwierza naszych duszą.
Raz nawet jeden gospodarz znajomy opowiadał nam, że te katy Moskale Boga w sercu nie mają i naszych na procesji św. napadli we Warszawie24, zaczęli strzelać i pomordowali siła ludu. Krzyże św. potrzaskali i nogami tratowali.