Rozpoznaję jej zapach. Piersi jak odwrócone spodki, żeberka żeber.
Ponazywać to wszystko, złożyć. Mówi o Oświęcimiu: nie jedź,
mniejsza o stosy okularów i lalek, ale tam wciąż wszystko śmierdzi
spalonymi włosami. Obcałowuję jej piegi na nosie i policzkach,
„skandynawska uroda”, coś między Liv Ulmann a Pippi Langstrumpf.
Dlaczego, dlaczego drży przy byle okazji. Powtarzamy swoje imiona
niczym daremne zaklęcia. Pojutrze skończy siedemnaście lat,
powinna być szczęśliwa z tym zapałem do rollersów, narciarstwa
i Mikołaja Gomółki. Obejmując się mocno, idziemy na wystawę
narzędzi tortur z epoki procesów o czary.