Erem zwiedzając, gdzie mizantrop
turystów epatuje mantrą
znudzony nią jak tysiąc mopsów —
tęsknię do tego kraju, gdzie jest grzechem gniazdo bocianom popsuć.
Filując z przydrożnego baru
na przechodzące mimo pary,
ciągnąc z wysiłkiem sok przez słomkę —
tęsknię do tego kraju, gdzie się podnosi z ziemi Chleba kromkę.
Gdy syn bez wątpliwości cienia
żąda: „Daj mi coś do zjedzenia”,