Koty te spełniały swą czynność bardzo zręcznie i wesoło. Wieczorem, gdy siadano do stołu, dwóch z nich musiało przygrywać; jeden grał na basie, a drugi na trąbce, a dmuchał tak, że o mało mu faworyty5 nie poodpadały.
Po zjedzeniu posiłku stół uprzątnięto, a kot rzecze:
— No, Bartku, pójdź tańczyć ze mną!
— A daj mi spokój! — odrzekł Bartek. — Ja z takim kocurem nie tańczę, tegom jeszcze nigdy nie robił.
— No to zaprowadźcie go do łóżka — rzekł kot do służby.
I oto jeden oświecił6 mu sypialnię, drugi kot ściągnął mu buty, inny skarpetki i w końcu jeden zgasił światło.
Na drugi dzień z rana zjawili się znowu i pomagali mu przy wstawaniu z łóżka; jeden wciągnął mu skarpetki, drugi wiązał trzewiki7, inny przyniósł buty, jeszcze inny umył go, a inny obtarł mu twarz ogonkiem.
— To dosyć przyjemnie... — rzekł Bartek.
Ale i on musiał służyć kotom i rąbać im drzewo codziennie; dano mu do tego srebrną siekierę, a także srebrną piłę, a za to pień był miedziany. No i rąbał drzewo na drobniutkie kawałki, siedział sobie w domu, miał dobre jedzenie i picie, nie widział jednak nikogo, jak tylko kota i jego służbę.
Pewnego razu kotek rzecze doń: