W ciągu tego tygodnia Filip zrobił sto dwadzieścia mil w kierunku zachodnim. Ósmej nocy, kiedy siedział przy ognisku, bawiąc się znów rozplataniem złotej sieci, nastąpiło nareszcie owo upragnione spotkanie.
Rozdział V. Spotkanie z Bramem
Noc była tak jasna, że czarne cienie wielkich świerków, rysujące się na śniegu, wydawały się jak żywe. Sklepienie niebios czyściutkie, niby lazur morza, usiane było miliardami gwiazd. Można się było obejść bez światła księżyca. Na odległość trzystu jardów Filip mógł dostrzec wyraźnie idącego karibu.
Siedział, grzejąc się przy ogniu, i głaskał sieci z jedwabistych włosów. Uszu jego dochodziła owa „muzyka niebios”, cicha, fantastyczna harmonia dziwnych dźwięków i tonów, rozlegająca się w tych stronach przed świtem. To jakiś przenikliwy gwizd, to znów łagodne pomruki, przypominające mruczenie kota, to znów dziwne, niemal metaliczne dźwięki, podobne do brzęczenia pszczół.
Filip splótł z powrotem wszystkie oczka sieci i schował ją starannie do woreczka. Nagle wyprostował się i bacznie nasłuchiwał. Gdzieś z oddali dobiegały inne dźwięki, nie mające nic wspólnego z ową „muzyką niebios”. Zerwał się na równe nogi i przemykając ostrożnie wśród zarośli podsunął się na kilka jardów od ogniska, niemal na sam skraj lasu.
Z dość znacznej odległości — jednej mili, może dwóch, doleciało do jego uszu ponure wycie wilków.
W ciągu dwóch lat swej służby w policji Filip niejednokrotnie już słyszał takie głosy. Nigdy jeszcze nie wywarły one na nim podobnie silnego wrażenia. Krew uderzyła mu gwałtownie do głowy. Błyskawicznie przypomniał sobie to wszystko, co mu mówił Piotr Breault. Tak jest! Nie ulega żadnej wątpliwości: to Bram poluje ze swą hordą wilków. Idą w tę stronę!
Wrócił czym prędzej do ogniska, rozgrzał nad nim zimną lufę swej strzelby, po czym zgasił ogień, zasypując płonące gałęzie śniegiem. Podszedł znów na sam kraj lasku, gdzie obrał sobie stanowisko u stóp najwyższego świerku, jaki znajdował się w pobliżu. W razie niebezpieczeństwa będzie mógł się wdrapać na drzewo.
Niebezpieczeństwo zbliżało się szybko. Cała horda wilków, wiedziona przez człowieka-zwierzę, gnała z ogromnym impetem prosto na niego. Wilki były już w odległości trzystu kroków, kiedy Brant zdecydował się wejść na drzewo. Wspinał się, dysząc ciężko, a serce biło mu niby młot. Świerk, wysoki na jakieś dwanaście stóp, nie był grubszy od ramienia mężczyzny, był schronieniem niezbyt bezpiecznym. Przypomniało mu się, jak to kiedyś wypadło ukryć paręset funtów mięsa wśród gałęzi dużych cedrów, o pniach grubszych od jego uda. A w ciągu nocy stada wilków przegryzły pień każdego drzewa.
Usadowiwszy się możliwie wysoko na drzewie, Filip powiódł wzrokiem po śnieżnej bieli Barrenu, oświetlonej blaskiem gwiazd.