—Cicho, Leonciu, uspokój się, nie przeklinaj, bój się Boga! Mów dalej. Cóż generał?

—A cóż? Podniósł panią, posadził, wody kazał podać i bardzo grzecznie powiedział, że nie zrobi nic, ale to nic zgoła. Ten zwierz w ludzkiej postaci, kat w białych rękawiczkach! I Pan Bóg patrzy na to!

Panna Felicya przerwała jej znowu.

—Leonciu, nie bluźnij. Nie dodawaj grzechu do nieszczęścia. Wola Boża. Więc i widzieć się nie pozwolił?

Leoncia wstrząsnęła głową.

—Nie mogę, mówi, mam rozkaz wyraźny.

Potem powiada—słyszy pani tego łotra, tego szatana!—widzenie z nim oddziałałoby zgubnie na zdrowie pani, a jemu odebrałoby spokój i rezygnacyę, tak potrzebną w jego położeniu. Uważa pani, panno Felicyo? On dba o zdrowie naszej pani, o spokój naszego Stasia... O Jezu, Jezu!

Panna Felicya pochyliła głowę w milczeniu.

—Kto wie—szepnęła—może było w tem jednak trochę słuszności.

Leoncia oburzyła się.