Po chwili zaczęła innym, miękim, przyciszonym głosem:
—Pamiętam, był jeszcze taki malutki, ledwie zaczynał biegać i szczebiotać, przyszli do nas żołnierze. Wojsko w marszu zatrzymało się na odpoczynek. Na obiedzie byli oficerowie, na dziedzińcu muzyka, bębny i śpiewacy. Maleństwo przeraziło się wrzasku, szczęku broni, mundurów—przytuliło się do mnie i szepcze płacząc: „Mamo, ty mnie im nie oddasz, prawda?” A gdym go uspokajała, prosił dalej: „Ale przyrzekasz, mamo, obiecujesz? Jak Bozię kochasz, nie oddasz mię?” Ja obiecywałam i uspokajałam go i śmiałam się, aby go uspokoić lepiej, a serce ścisnęło mi się strachem i bólem. A jeżeli przyjdzie go oddać im kiedyś, gdy dorośnie? A jeżeli nie będę mogła dotrzymać obietnicy? I przyszło... i trzeba było oddać go, i teraz... teraz oni go wezmą całkiem, nazawsze odemnie i nigdy...
Ksiądz jej przerwał.
—Duszy mu wziąć nie potrafią. Ciało gnębić, to im wolno, zabić nawet wolno, ale duszę śmierć wyswobodzi. Wróci do niebieskiego Ojca, jak motyl, zrzucający osłony poczwarki, jak orzeł, lecący do światła, wróci omyta w krwi męczeńskiej—po nagrodę.
—A ja—zawołała—a ja co zrobię? A mnie jak żyć bez niego?
Ksiądz spojrzał na nią surowo.
—Czy jego kochasz, czy siebie w nim?—zapytał.—Żal ci go dla ojczyzny, dla Boga? To życie tak krótkie, czyste jeszcze i niewinne, mające się spalić w ogniu ofiary, chciałabyś widzieć zbrudzone nędzami życia, złamane zawodami i cierpieniem, kończące się bez chwały i pożytku? A może taki byłby los Stasia. A teraz...
—A teraz oni mi go zamęczą, zabiją!
—Bóg ofiar żąda na przebłaganie swego gniewu. Każda ofiara, a zwłaszcza niewinna, zbliża godzinę łaski i przebaczenia, przeważa szalę sprawiedliwości... Nie żałuj jej, poświęć syna, poświęć serce własne... To wola Boża. To ofiara dla odkupienia wielu...
Przez chwilę trwało milczenie.