Z koszyka wysunął się kłębuszek waty, upstrzony trzema czarnymi plamkami. Kłębek ten obrócił się w jedną stronę, w drugą, zachybotał, uniósł się nieco w górę. I nagle biała kula potoczyła się wprost przed siebie. A przebierała przy tym szybko nóżkami, sztywnymi jak drewienka.
Z tej kuli sterczał mały, śmieszny ogonek. Ogonek ten w biegu majtał się ciężko na obydwie strony. Zdawało się, że nie głowa, nie spłaszczony, rozdęty brzuszek, ale właśnie ów ogon, wielkości ogarka papierosa, jest z całego ciała najcięższy i najwięcej przy chodzeniu sprawia szczenięciu kłopotu.
Psina usiadła tak niespodziewanie, jak przed chwilą nie wiadomo dlaczego ruszyła przed siebie. Obejrzała się dokoła. Szczeknęła tak głośno, jakby kto w palce klasnął. Zakręciła się na miejscu. I nagle podrałowała6 wprost przed siebie!
— Sprytna szelma! Jak to wyrywa! — zawołał dziadek Muńka, bardzo zadowolony.
— To mi dopiero spryt! Pędzi nie wiadomo gdzie i po co? — odparła babcia i wzruszyła ramionami.
Pan Rosochacki schwycił małego zbiega za skórę na karku. Podniósł go wysoko. Szczeniątko patrzyło na ojca Dzidzi wcale7 ciekawie niebieskimi, mętnymi paciorkami oczu. Ledwie było widać te zabawne ślepki spod kosmyków białej wełenki, pokrywającej całe ciało. Oprócz, rozumie się, brzuszka różowego, okrągłego, a wydętego tak, że zdawało się, iż pęknie lada chwila.
— Ładny! Prawda, panie, że ładny? — dopytywał się dziadek.
— Muniek, podaj panu Bielaska! — zawołała babka. — To dopiero brylant nie pies!
Muniek sięgnął po drugie szczeniątko.
Maleństwo leżało zrazu plackiem, na brzuszku, zupełnie nieruchomo. Po chwili siadło, podniosło mały łebek do góry i zapiszczało boleśnie.