Ojciec, mama i Dzidzia siedzieli właśnie przy stole. Światło już się paliło. Pan Rosochacki czytał gazetę. Mama Dzidzi szyła. Dzidzia przeglądała obrazki. Cicho było i spokojnie. Nic nie zapowiadało awantury, jaka za chwilę miała wybuchnąć!
Aż tu Dzidzia usłyszała nagle stuk drzwi kuchennych.
— Katarzyna wróciła! — powiedziała pani Rosochacka, jakby nigdy nic.
— A to wybornie! — rzucił zza gazety pan Rosochacki. — Zakrzątnijcie się, proszę, koło kolacji. Muszę jeszcze wieczorem wyjść z domu!
Pani Rosochacka zaczęła składać robotę. Chwilę trwała cisza. I nagle rozległ się przeraźliwy krzyk Katarzyny:
— Moje łóżko, moje łóżko!
Wszyscy zerwali się od stołu.
Zanim zdążyli pójść do kuchni, już w drzwiach stała Katarzyna. Była cała czerwona z gniewu.
— Skaranie boskie! — krzyknęła i zaczęła wyrzekać płaczliwym głosem. — Calusieńka pościel! I pierzyna! I poduszka! Nawet ten jasiek, co leżał tak wysoko! I kapa, com ją dopiero teraz położyła! Jak ja teraz będę spała, czym ja łóżko nakryję? Tyle pracy! Taki majątek! Co to teraz mydło kosztuje!
— Ale co się stało? — spytała zaniepokojona pani Rosochacka.