— No, proszę! O czym tak ciągle myślisz, dziecino?

— Jakby to było dobrze, gdyby tu, u nas, był ktoś żywy! Naprawdę żywy! Nie tak na niby jak Krakowianka albo inne lalki. Tak bym chciała mieć kogoś, z kim można by się bawić! Naprawdę bawić! Chciałabym, żeby ten ktoś żył, biegał, skakał!

Ojciec spojrzał na Dzidzię. Dziewuszka patrzyła mu w oczy bardzo przymilnie.

— Któż to ma skakać koło ciebie? Może żaba, co? — spytał.

— Fe! Któż by tam myślał o żabie! — obruszyła się Dzidzia.

— No, więc o czym myślisz? — dopytywał się pan Rosochacki.

Dzidzia uniosła się na łóżku. Objęła ojca za szyję mocno, mocno. Pocałowała. Nachyliła się do ojcowego ucha. I szepnęła:

— Proszę! Bardzo proszę o małego pieska!

Ojciec, zdziwiony, odsunął ją nieco od siebie. Dzidzia zaczęła mówić szybko, nie dając dojść ojcu do słowa:

— Wielki, dorosły pies, taki na przykład jak Lord pana pułkownika, no, to co innego! Taki pies zanudza się w mieszkaniu! Nawet w tak wielkim mieszkaniu jak pana pułkownika Buczackiego. Zaraz widać, że Lord się nudzi, bo ma zapłakane oczy i sapie. Ale małe szczeniątko? Takie zupełnie malutkie? Niewiele co większe od małego kociątka? Taki piesek w naszym mieszkaniu będzie się czuł znakomicie! Będzie w nim błądził jak w lesie!