— Finuś! Na-tu-na! Piesku! Masz! Finek! Masz! — wabiła coraz przymilniej Katarzyna.

Finek wiedział aż nadto dobrze, co były warte te obiecanki!

Siedział więc pod paltem. A oglądał się dokoła i rozmyślał, gdzie by się tu ukryć jeszcze bezpieczniej. Wydało mu się to tym bardziej konieczne, że słyszał ciężkie kroki Katarzyny.

Cichutko więc, ostrożnie, spłaszczony, tak że brzuszkiem prawie dotykał ziemi, przyczołgał się do drzwi pokoju. Wsunął się pomiędzy dwie stojące obok siebie szafy!

Odetchnął. Tu czuł się całkiem pewnie. Tym bardziej że Katarzynie znudziły się widać bezowocne poszukiwania, bo przestała go wołać. Już nie było słychać jej stąpania.

„No! Może się nareszcie uspokoi! Nigdy nie wiadomo, co w tym domu najporządniejszego psa spotkać może!” — pomyślał Finek z ulgą.

XVII

Finek przesiedział w ukryciu bardzo długo. Zniósł nawet brzękanie talerzami przy obiedzie i nosa spomiędzy szaf nie pokazywał. Wolał zrzec się obiadu niż wpaść w ręce Katarzyny!

A jeść mu się chciało okropnie.

Ale więcej niż głód dokuczała mu nuda i bezczynność. Szczególnie gdy się przespał wybornie na obydwa boki.