Wylizał sobie starannie kosmaty pyszczek i natychmiast zeskoczył z kolan na ziemię.

Poszedł na swój fotel, położył się i jednym okiem spoglądał, znakomicie obojętny na to, co się wkoło niego działo.

Wtem na podwórzu rozległ się dziki wrzask Bursztyńsia. Szczekał on zawsze tak, jakby ktoś śpiewał mając jednocześnie czkawkę.

Spojrzeliśmy po sobie z Krysią. Pomyśleliśmy jednocześnie:

— Co to będzie jutro? Jak te nasze domowe skarbuńcie przywitają się z gośćmi?

Rozdział szósty

Na podwórzu stała tylko jedna psia buda.

Miała ona parter i piętro.

To piętro powstało samo przez się. Katarzyna kiedyś na zimę zrobiła w budzie sufit ze słomianki, żeby psom było cieplej. Ale Bursztyńsiowi pomysł z sufitem nie przypadł jakoś do smaku.

Póty majstrował, póty szarpał zębami, aż wreszcie naderwał słomiankę z jednego boku. I wtedy to, pomiędzy oderwanym sufitem a daszkiem budy, wytworzyło się pięterko. Okazało się, że było ono potrzebne. Miało własnego lokatora.