Puc, który nabrał serca do Mikada, ustąpił mu brzeżek swego miejsca, a Bursztyńsio nawet wygrzebał dla Japończyka spod słomy łopatkę baranią.

— Masz, pobaw się przed snem. To bardzo miło — zachęcał.

Ale Mikaduchna patrzył na kość z takim obrzydzeniem i przestrachem, że aż się Puc zaśmiał.

— Co się z tym robi? — pytał.

— Bierze się w zęby i gryzie — odpowiedział mu Puc. — Tak! Śmiało — zachęcał Mikaduchnę, który ledwie, ledwie dotykał zębami brudnego gnata.

— Moja pani nie pozwalała mi dotąd brać do pyszczka takich brudnych rzeczy — usprawiedliwiał się Mikado.

— I Katarzyna nie pozwalała nam gryźć kości w budzie — zauważył Puc.

— I dlatego nie ma, jak barania łopatka — szepnął Bursztyn i cmoknął raz i drugi oblizany gnat.

Później chwycił go zębami. Ale jakoś niemocno. Tak ledwo, ledwo. Kość się wysunęła z pyszczka Bursztyńsia, trąciła w nos Puca, który już miał oczy zamknięte, i zsunęła się po jedwabistej sierści Mikaduchny, który już chrapał w najlepsze.

Tak się skończyło pierwsze wejście w świat japońskiego pięknisia.