i znów je skupia w przepastnej otchłani

i ku niebiosom wyrzuca ich kłąb

i w jakieś czarne rozsnuwa całuny

ten niewidzialny, dreszcz budzący Tkacz

i ciężką, mokrą tą przędzą pokrywa

wszystko, co jest...

O biada!...

Biada!... Pierś światów przed chwilą tak żywa,

kona pod strasznym ciężarem...

Olbrzymy świerków padają strzaskane;