rozrzechotanej Meduzy

do jakichś strasznych rozmiarów

w mżachach wyrastały miesięcznych —

kiedy się księżyc skradał do mych komnat

i kładł na łoże mego wyczerpania,

wonczas mnie ze snu budziła lubieżna,

sprowadzająca warg bezwładne drgawki

i źrenic błędną gorączkę,

potworna żądza ku Twemu — zwierzęciu!

Moja to wina! moja wielka wina!