Uznawszy, iż jesteśmy jeszcze pogrążeni w dzikości, idziemy dalej i twierdzimy, że ową dzikość, owo zdziczenie krzewi każdy, kto potęguje w nas instynkty i porywy żywiołowe, pozostające w kolizji z rozumem i z poczuciem sprawiedliwości, i kto wydoskonala dla nich ich bezpośrednie przewodniki, tj. drogi nerwowe naszego organizmu.
A więc, przy dziś panujących poglądach i ideałach, krzewi dzikość przede wszystkim ten, kto podtrzymuje nędzę społeczną, kto utrwala i kodyfikuje nierówność społeczną, kto stawia przeszkody równouprawnieniu płci, „stanów”, zawodów, wyznań i narodowości8.
W sferze życia indywidualnego i rodzinnego, a przez nie także społecznego, skutecznymi czynnikami zdziczenia bywają dosyć często tak zwane „małżeństwa z miłości”, a właściwie z głupoty, tj. małżeństwa, zawierane bez względu na stan zdrowia, usposobienie, charakter, położenie społeczne i wydajność ekonomiczną małżonków. Takie bezmyślnie kojarzone stadła stwarzają zwykle „dzikie” otoczenie tak dla założycieli „gniazdka rodzinnego”, jako też dla wylęgłych w nim piskląt.
Do podtrzymywania, a nawet do zwiększania dzikości mogą prowadzić nawet instytucje, których sama nazwa wskazuje, iż powinny one nie krzewić, ale przeciwnie, usuwać i tępić dzikość umysłu i uczuć.
Będę prawdopodobnie oskarżony9 o herezję przez czcicieli oświaty obowiązkowej i wywołam w nich zgrozę, ale pomimo to pozwolę sobie twierdzić, że szkoła obowiązkowa i państwowa występuje jako jeden z najwierniejszych sprzymierzeńców zdziczenia, jeżeli jej konsekwencje doprowadzają do Wrześni i Gniezna10.
Ale nawet bez obowiązkowości, dzięki pewnym metodom wychowawczym — pedagogicznym i dydaktycznym — możemy uważać szkołę za krzewicielkę zdziczenia. Taką musi być szkoła z rózgą, z biciem po twarzy, z biciem linią po rękach, z systemem straszenia, podglądania, donosicielstwa itd. Taką też musi być szkoła, która za pomocą odpowiednio spreparowanych podręczników „religii”, historii, geografii, literatury, gramatyki itd. podtrzymuje i rozwija z jednej strony pomieszanie pojęć i chaotyczność myślenia, z drugiej zaś „nastrój” krwiożerczy i żądny ofiar ludzkich, w związku z nienawiścią międzynarodową, międzyplemienną, międzywyznaniową i międzystanową.
Taką też rolę krzewicielek zdziczenia mogą odgrywać instytucje stojące na jeszcze wyższym szczeblu umysłowo-społecznym aniżeli szkoła, mianowicie z jednej strony stowarzyszenia ekonomiczne mające na celu wytwórczość i uspołecznienie pracy, jeżeli kierują się przy tym względami na przynależność wyznaniową lub narodową członków, z drugiej zaś strony najwyższe instytucje naukowe danego kraju lub państwa. Świeżo założona akademia w Poznaniu musi krzewić zdziczenie, ponieważ przede wszystkim, jako instytucja antyspołeczna, podżega nienawiść między mieszkańcami tej samej ziemi i ma na celu tłumienie życia umysłowego jednego z narodów miejscowych, a następnie, jako instytucja antyindywidualna, zabija indywidualność tego samego narodu, podsyca „egoizm narodowy” niemiecki w ogóle, a egoizm każdego Niemca w szczególności, w związku z czym pozostaje wzmocnienie nieuspołecznienia w wyższym stylu, ale tylko prostej stadowości niemieckiej11.
Rozprzestrzenianie „kultury” europejskiej w krajach „dzikich” równa się znęcaniu się dzikich Europejczyków nad tubylcami innych „części świata”.
Jedna z tak mocno i słusznie sławionych „zdobyczy wieku XIX”, będąca w każdym razie doniosłym objawem uspołecznienia uorganizowanych państwowo gromad ludzkich, mianowicie parlamentaryzm zachodnio-europejski w pewnych chwilach swego urzeczywistniania daje pole do popisu wybuchom rozkiełznanej namiętności i sprzyja wzrostowi zdziczenia, tj. pomieszania pojęć, i zanikowi poczucia tego, co godziwe, a co niegodziwe.
Ale nawet to, co się sprzedaje i nabywa pod etykietą nauki, może ogłupiać mózgownice i współdziałać dziczeniu natur ludzkich. Wiedza impresjonistyczna, wchłanianie w siebie wiadomości drobiazgowych oraz wszelkiego rodzaju plotek uniwersalno-historycznych, w ogóle zaspakajanie próżnej ciekawości i zapychanie głowy bez należytego oświetlenia, bez rozbioru, bez krytyki, bez rozróżniania pojęć, nie zmniejsza wcale dzikości tradycyjnej, ale nawet czyni ludzi jeszcze bardziej pochopnymi do przejawiania tej dzikości w najrozmaitszych kierunkach. Wprost zaś do zdziczenia, tj. do zaćmienia umysłów i do spotęgowania wybuchowości żywiołowej prowadzi znaczna część codziennej strawy umysłowej czytelników gazet i w ogóle publicystyki.