— A dajże chłopczynie spokój — mówi missis Pennell. — Zgadza mu się wszystko; co się tam ma nie zgadzać. Pierwszy raz w życiu widzę takie genialne dziecko. Albo porozmawiaj z Mary. Jak ona wszystko wie. Wie, gdzie mieszka, wie, ile ma lat. Można z nią mówić jak z dorosłą osobą. Weź, Mary, jeszcze pierniczek. Może ci jajko ugotować, to i Williamek dla towarzystwa zje. Prawda? I jaki to mały grubas. Chodź, Mary, zobaczysz fotografię dzidziusia.

William pokazał Dżekowi zabawki i nawet chciał darować, ale Dżek nie wziął. Tylko Mary dostała lokomotywę i dwa wagoniki. I aż cztery razy Dżek prosił, że musi iść do domu, bo go missis Pennell nie chciała puścić. A jeszcze wsypała im do kieszeni — orzechy i herbatniki. I ani słyszeć nie chce o dwóch dolarach. Ciągle tylko mówi, że Dżek ją obraża, i sama zapięła Mary wszystkie guziki przy palcie. I bardzo mokro pocałowała Dżeka i Mary.

Mary na schodach wyciera buzię rękawem, a Dżek myśli:

„Pan Pennell mądry, pani Pennell dobra, a szkoda, że William jest gamajda”.

Druga świąteczna wizyta była u mister Tafta. Tu Dżek czuł się swobodnie. Matka jak zwykle leżała, a mister Taft pił z Dżekiem kawę i rozmawiali o różnych finansowych sprawach.

— Wiesz, Dżek, twój imiennik był u mnie.

— Kto taki?

— No, Dżek107 Dale, hurtownik, który ci tyle rzeczy podarował.

— Nie mnie, tylko kooperatywie, i nie podarował, tylko tanio sprzedał. Więc był u pana mister Dale? Dlatego pewnie zapisał wtedy w notesie, żeby nie zapomnieć. Nie wiedział wcale, że pana matka chora.

Mister Taft pokiwał głową.