Bobo znów nie widzi, znów noc. I płakać zaczęło; a matka przywołała piastunkę, bo sądziła, że głodne.
Omyliła się: był to pierwszy płacz boba, nie że głodne, nie że pielucha zwinęła się w fałdę, a że utraciło nieznany świat, krzyk niecierpliwości, upadku po momencie dumnego wzlotu. Było piękne, a znikło — i nie ma. Krzyk, protest przeciw niemocy ducha.
Ale bobo poczęło ssać chciwie, głusząc ból duchowy, żal serdeczny po utraconym wątku cennej idei, popełniło tę samą omyłkę, co matka.
*
Nachyliła się ciocia nad wózkiem, wzrok jej spotkał się z poważnym, badawczym spojrzeniem boba.
— Śliczna dziecina — mówi ciocia do matki — krój ust ma twój, a oczy twojego męża.
Nachyliła się bardziej jeszcze, pocałowała bobo.
A ono drgnęło przestraszone.
Ciocia zawstydziła się pocałunku i strachu bobowego.
— Biedne maleństwo — mówi ciocia — twój umysł śpi jeszcze.