— Patrz, jak pięknie.
A gdy słów mi zbrakło, by słowami wyrazić, co widzę i czuję, on zaczął śpiewać.
Przedziwna pieśń, zrozumiałem ją od początku do końca.
Młodość, zapatrzona w zachód słońca. A więc siła i poczucie niemocy, a więc poryw i niepewność, więc szalona na nic niepomna odwaga i dziecięca obawa; więc bezprzykładna buta i korne poddanie, więc radość niemal obłąkana i łzawa tęsknota, bezgraniczna ufność i nieufność pełna obłędnego lęku; więc wiara i niewiara, miłość i nienawiść — tyle uczuć, ile jest obrazów we wszechświecie, a każdy obraz ma swą własną duszę.
Toć człowiek mikrokosmos jest wszechświatem.
Płynęła przedziwna pieśń z jego piersi młodej, a wyraziła to, czego słowami wyrazić nie umiałem. Jakże biedną jest mowa ludzka — czemu młodość nie ma własnej mowy, własnego słownika?
Pieśń jego była odpowiedzią na mój okrzyk zachwytu.
Więc zrozumiał, więc odczuł?
Gdy skończył, mieliśmy łzy w oczach. Czemu nie można zamienić się łzami jak ślubną obrączką?
Nie było ani przysiąg, ani pensjonarskich zwierzeń. Podałem mu rękę, uścisnęliśmy nasze dłonie, w milczeniu zespoliły się nasze dusze.