Bobo dawno już przestało wierzyć w nieomylność dobrych duchów i konieczność ulegania im, przeciwnie, coraz podejrzliwiej się przygląda, zawsze czujne, zawsze gotowe do protestu, zaklęciem krzyku stara się kierować ich czynami.
Dobre duchy mają też swoje dziwactwa, należy bacznie obserwować każdy ich czyn, należy je wychowywać, by stały się zupełnie uległe bobowej woli.
Bobo ufało kiedyś dobrym cieniom i wiele razy z wyrzutem bolesnym spojrzało na matkę, zanim nabrało przeświadczenia, że jej ufać bezwzględnie nie należy.
Jedyne duchy nieomylne to ręce bobowe. Bobo dziś już rzadko, wyjątkowo tylko, nos sobie ręką zadrapie, i to wówczas, gdy w gniewie na chwilę równowagę umysłu utraci.
Bobo teraz żąda: każdy przedmiot musi obejrzeć rękami i ssaniem.
Rodzice mówią, że bobo się bawi.
Mały człowiek dziki zbyt poważną rozpoczął pracę, zbyt mało ma czasu, by trwonić go na zabawy, zbyt wiele otacza niebezpiecznych tajemnic, by lekkomyślnie igrać z nimi.
Kiedy leży w kołysce, pozornie bezczynnie, bada ręce, by się przekonać, czy nie mają jakichś ukrytych a ważnych właściwości, jaki jest ich wzajemny stosunek; rozmawia, mozolnie gimnastykuje struny głosowe, jak pianista przed ważnym koncertem odbywa długie i nużące próby.
Na przechadzce bada w skupieniu tłumy obojętnych ruchomych cieni, jest jak człowiek, który by odbywał podróż pierwszą między słońcami i planetami — nowe i piękne, ale jakże o rozrywkach myśleć, gdy wokoło tyle tajemniczych zagadnień.
Ulica z jej hałasem, ogród z zielenią, obce mieszkania i obce postacie, to lądy odległe, nieznane, zwiedzane w długich wieloletnich podróżach.