— A masz, złodziejski synu, a masz hyclu, a masz. A nie rzucaj się na starszego, a nie rzucaj się, a nie...

Rwał za włosy omdlałego chłopca. Dopiero Antek zwolnił Bzika z rąk rozwścieczonego pijaka, zwilżył mu zakrwawioną twarz wodą. Józiek westchnął. Po półgodzinnym cuceniu przyszedł do siebie.

Kelner i kucharz już spali.

Józiek ubrał się powoli, pogroził w stronę Bronka, nasunął czapkę na oczy, wziął harmonię i wyszedł bez słowa pożegnania.

Nazajutrz Bronek przypomniał sobie nocną bijatykę, zafrasował się, splunął i mruknął:

— Trzeba się go będzie pilnować teraz.

Wyczyścił sobie lakierki, spodnie i frak, usiadł przed lustrem rozbitym, porozkładał szczotki, grzebienie, butelki z olejkami i maścią, począł się czesać, smarować i czernić.

„Dziecko ulicy”, dwudziestoczteroletni Bronek, charakteryzował się na wykwintnego lokaja pierwszorzędnej restauracji...

Józiek znikł i nie pomogły Antkowe poszukiwania.

— Pewnie bandę zbiera — mruczał niezadowolony Bronek. — Teraz już na pewno wyjdzie na złodzieja. Ale co ja winien, że taki bestia zawzięty?