Niedługo zabawił Antek w perfumerii. Przeszedł do składu tytoniu, do handlu win, do księgarni.

W składzie tytoniu zapoznał się ze szwarcowanymi59 cygarami, w winiarni z fałszowaniem win, które kiper całymi dniami zaprawiał w piwnicy, dolewał, próbował.

Księgarnia dała mu więcej.

Chłopiec „oblatany”, śmiały aż do bezczelności, sprytny aż do przebiegłości, czuł się onieśmielonym wobec stosów książek, pełnych półek od ziemi aż do sufitu. Sądził, że tu inny świat jakiś, inni ludzie.

Rozczarował się.

Być może, czyściej, jaśniej tu było, ale nie dla chłopca „na posyłki”, nie dla „dziecka ulicy”. Antek ścierał rano kurze z paczek nut, potem wydawał w ekspedycji książki dla księgarzy, odnosił paczki do mieszkań, posyłki na pocztę. Nauczył się ważyć książki, nalepiać marki, robić opaski, wiedział, na których półkach leżą książki historyczne, przyrodnicze, matematyczne, lekarskie, powieści, książki ludowe i dla dzieci, poznał kilkanaście nazwisk pisarzy i kompozytorów, kilkadziesiąt tytułów. W sobotę przynoszono całe stosy pism, które podpisywano, liczono. Szły transporty na prowincję. Antoś miał swój rewir, roznosił pisma prenumeratorom.

— Więc i to jest sklep, tylko sklep, nic więcej. Sprzedają tu książki, jak gdzie indziej sprzedają wina cygara lub kawę. Subiekci tu zawijają książki, jak tam butelki. I nic więcej.

Więc on jest tylko popychadłem tak samo tu, jak był tam i ówdzie.

Antek wiedział, że niektórzy starsi chłopcy chodzili do szkoły niedzielnej. Tak, ale oni wstąpili ze szkół do księgarni; pokończyli po parę klas. Tam trzeba zdawać egzamin. Jaki? Co trzeba umieć? Co trzeba zrobić, żeby dostać się do szkoły? Tamci chłopcy będą subiektami, on będzie służącym, który nosi po dwa razy dziennie torby ciężkie, roznosi pisma, ekspediuje paczki na kolej i na pocztę.

— Et, bzik! Latać, chodzić, nogi zniszczyć i na starość iść do żebry, toć lepiej co innego robić.