— Masz tam co dla bachorów? — pyta dostawczyni truflów.

— A mam.

I wsuwa dzieciom w ręce kawałki sera i chleba.

— A ten drugi co za jeden?

— Przyjaciel.

— Posuńcie się, dzieci. No, śpijcie.

Antek leżał na jakimś łachmanie, z którego dobywał się mdły zapach jodoformu, leżał z szeroko otwartymi oczami i patrzał w ciemność. Myśli mu się wikłały, czuł dziwną wesołość i obawę; obawiał się o tę wesołość swoją, obawiał się, że pryśnie ona lada chwila, że zastąpi ją inne jakieś uczucie, którego się bał.

— Józiek, śpisz?

— Nie, bo co?

— Nic, tak tylko się pytam.