— Co ci jest? Ja, widzisz, nie umiem ci tak powiedzieć, jak potrzeba. Ale, widzisz, ja w twoim wieku to samo miałem. To jest, widzisz, ja ci powiem, jak ze mną było. A było tak: byłem jak i ty, sierota. Miałem, widzisz, dziewięć lat, jak mi ojciec umarł. Więc też, uważasz, to tu, to tam, rozmaicie. Nie ma co, jest dosyć wesoło w kompanii. Latem łapaliśmy ryby, zastawiali na Kępie sieci na ptaszki. Kąpało się całe dnie. Wesoło było. A w zimie znów ślizgawka, śnieg. Łaziliśmy po lodzie. Raz złapaliśmy kota, przylepiliśmy mu do nóg mazią łupiny od orzechów. Puściliśmy na lód, a za nim psa. Kocisko „wyrywał” i ślizgał się, i przewracał, a pies za nim. Co się rozpędzi, to bach! i leży. I tak ciągle. Raz, ja ci już wszystko mówię, żebyś mnie zrozumiał, miałem już ze trzynaście lat. A zawsze mały byłem: i ojciec mój był niski. Więc mnie okropnie lubili, bo byłem taki zręczny. I zawsze ze starszymi... Więc raz na Ordynackiej pakuję rękę do kieszeni jednemu. A ten poczuł i łap mnie za rękę. Drugi, Paweł, z którym byłem (w więzieniu umarł, świeć mu Panie), pchnął go. Ale ten nie puścił. „Co pan ode mnie chce?” — wołam. A on mówi: „Źle robisz, chłopcze”. „A co ja robię?” — pytam. A on mówi: „Nie bój się, nie oddam cię do policji”. Ano, myślę sobie, będzie teraz trajlowanie. A on nic, tylko mówi: tak a tak się, mówi, nazywam (nazywał się Piotr Wiśnicki), jestem, mówi, ślusarz, mam warsztat tu i tu, mówi (na Ordynackiej, u rzeźniczki), i mówi, jak ci zacznie być tak smutno i nijako, to przyjdź do mnie. Ja nic nie rozumiałem z tego wszystkiego. Dopiero widzisz, po jakim roku jak mnie chwyciło, jak mnie zdusiło, tom sobie wcale rady nie mógł dać. I ja, tak jak ty teraz, nie wiedziałem, co mi jest. Ciągle bym tylko chodził po ulicach i płakał. Ani pić, ani jeść, ani kraść (ja ci, widzisz, już wszystko mówię), tylko Bóg wie co. Tamten, widzisz, zrozumiał, że ze mną tak będzie. I widzisz, tak ci coś dwa miesiące łaziłem bez głowy, a do niego wstydziłem się iść. Aż mnie sam spotkał i poznał. I jak tylko spojrzał na mnie, od razu poznał, co się ze mną dzieje.
„Aha, powiada, przyszła choroba na ciebie”.
Chciałem uciekać, ale mnie złapał za rękę.
„Chodź ze mną, to cię wyleczę” — powiada.
„Kiedy ja nie chory” — mówię.
„Chory, chory jesteś” — powiada.
Już mu się nie opierałem, tylko szedłem za nim. Całe dwa tygodnie niczego mi się tknąć z roboty nie pozwolił, a tylko prosił, żebym od niego nie uciekł. „Bo zmarniejesz” — powiada. No, i widzisz odeszło mi, potem wziąłem się do roboty, ożeniłem się. Oj, żeby ten Wiśnicki jeszcze naukę miał, toby z niego mogło co być. Tak ci umiał do duszy przemówić. Śmieli się z niego, że cały jego warsztat to sami złodzieje. I tak było. I on sam to mówił. A jakeśmy go kochali. Bo widzisz, on umiał mówić do ludzi. A jak się upił, jak zaczął prawić, to było słuchać. A pił, biedaczysko, pił. „Dusza, mówił, lżejsza jest od wódki, więc jak wypić dużo, to ona do góry wypływa” — mówił. Widzisz, Antek, jaka to jest nasza choroba. I każdy ją musi przejść. I widzisz, w tej chorobie to można każdego, najgorszego, na dobrą drogę naprowadzić. Ale jak kto w tej chorobie nie ma opieki i pomocy, to już przepadł: albo kryminał, albo szpital.
Antek słuchał tej mowy dziwnej, na pozór bez związku skleconej, a jednak tak prawdziwej. Przyszedł mu na myśl Józiek Bzik i wielu innych chłopców, przypomniał sobie rozmowy z nimi. Tak, i oni są chorzy.
— A proszę pana Wojciecha, czy w tej chorobie nie pomaga wódka?
— Oj, nie, Antek, nie pomaga, a bardzo szkodzi. Bo, widzisz, to jest taka choroba, że tu myślisz o tym, o czym nie chcesz myśleć i widzisz to, czego nie chcesz widzieć. Więc jak napijesz się, to usypiasz to wszystko. A ta właśnie trzeba przecierpieć i przemyśleć, to potem zagoi się i już masz spokój. Chociaż wraca to potem, wraca. Ja dziś jeszcze czasem czuję, że wraca, ale jak wrócę do domu, jak mnie obsiądą dzieciska, tak odejdzie.