Dziecko ulicy, prawdziwe dziecko ulicy, nie zna wyrazu: jutro. Wszystkie jego czynności, wszystkie myśli skierowane są ku płynącemu: dziś. Zgodnie z tą zasadą, wydaje się dziś wszystkie pieniądze, które jutro mogą być na chleb dla dzieci potrzebne, zgodnie z tą zasadą, wydaje się dziś czyn, za który jutro odpowie się całym życiem.
„Myśmy wolni, mówi dziecko ulicy, bo nie boimy się ani nędzy, ani śmierci”.
Antek myślał o przyszłości. Antek już się się zmienił.
Jeśli w książkach jest kultura, to Antek się zaraził tą kulturą, obcą mu po dziś dzień.
I chłopiec, po raz pierwszy od lat całych, powrócił myślą do Zaruczaju, do Mańki, do pokoju z łóżkiem żelaznym, z bielizną czystą, z tą wielką salą pełną książek, z tym płótnem, na którym widział obrazy, które tak go wówczas wzburzyły.
Antek wyrwać się chciał tam, gdzie widział przyszłość swą, taką czy inną, ale zapewnioną, odciętą raz na zawsze od „ulicy”, która wytrzeszczała nań swe ślepia jakby z zapytaniem: „Kiedyż to, dziecię moje, powrócisz do mnie, matki twej, piastunki i wychowawczyni?”.
Zrazu nieświadomie myśl ta błądziła w jego głowie, ale coraz natrętniej go napastowała.
A starzec przykuwał go do siebie, miał prawo żądać od niego zapłaty za swą pracę, za opiekę nad nim. To go gniewało. Czuł, że obowiązkiem jego było mieć wdzięczność dla maniaka, a nie zmienił się aż tak bardzo, by wdzięczność nie miała mu być wstrętnym ciężarem.
Bo dziecię ulicy nienawidzi tych, którzy za swe dobrodziejstwa żądają wdzięczności. Wykpić, zdobyć oszustwem lub kradzieżą, wyżebrać wreszcie, ale raz tylko, by później nie widzieć swego dobroczyńcy. Bo wdzięczność to ciężar nad siły dziecka ulicy.
Od chwili, kiedy Antek zrozumiał jasno, że starzec ma prawo narzucić mu swą wolę w imię tego, co dlań uczynił — starzec stał mu się niemiłym i w myśli jego powstał projekt: uciec.