Drżał na myśl, że może spotkać ojca.
Stosunek jego do Mańki również uległ zmianie. Mańka pisała mu w listach o jego obowiązkach, o pracy, o poświęceniach, a on musiał przed nią usprawiedliwiać się ze swego zamknięcia, odosobnienia i bezczynności. Musiał kłamać, bo nie chciał otworzyć przed nią swej duszy. A bólu w niej był bezmiar cały.
Wychodził Antek na ulicę Topiel, zatrzymywał się przed domem, gdzie była szulernia, i patrzał. Potem chodził po znajomych mu ulicach i wracał do domu rozstrojony, złamany.
Niejednokrotnie już, już miał wejść do domu na Pradze i zapytać stróża, co stało się ze starcem-wariatem, ale się cofał.
Raz szedł z postanowieniem silnym, że się nie cofnie. Na rogu Zjazdu spotkał złoczyńców prowadzonych pod konwojem do więzienia. Szli, otoczeni przez żołnierzy, ze swymi tobołkami na plecach lub w rękach, ślizgając się po zamarzłym śniegu. Było ich około pięćdziesięciu. Szczękały ich kajdany głośno, a sylwetki ciemne znaczyły się na czarnym tle pochmurnego wieczoru.
Antek chciał ich wyminąć, ale czuł, że nie może, że musi iść krok w krok za nimi i patrzeć.
Skazani szli spiesznie drobnymi krokami, jedni ustawali na chwilę, wówczas inni ich wyprzedzali. Sprawiało to wrażenie bezustannego ruchu.
Za posępnym pochodem jechały dwa wozy; na jednym z nich siedziała kobieta i dwoje dzieci; trzecie trzymała na ręce.
Antek oczu oderwać nie mógł od obrazu. Patrzał na kobietę, pragnął ujrzeć jej twarz. A potem pobiegł wzrokiem ku przednim szeregom. I doznał wrażenia, jak gdyby ten wąż długi nie kończył się wcale, jak gdyby ciągnął się i ginął w bezkresie. Tam, tam, na moście, widzi ich i dalej za mostem, i dalej, dalej, dalej, bez końca.
Czuł silny ból. Dusiły go łzy, które nie płynęły z oczu kroplami, ale przelewały się pod powiekami; czuł przy mruganiu, że łzy te unoszą się i znów spływają pod dolną powiekę, i nie wysychają.