Mróz grudniowy.

W wykrzywionych butach bez podeszew potykam się na oślizgłych kamieniach. Zimno, ręce kostnieją. Stawiam kołnierz letniego palta. Śnieg prószy.

Nędzna, podła salonowa prostytutka. Tak mnie poniżyć, tak podle, tak nikczemnie poniżyć. „Żadnej odpowiedzi”. Jak żebrakowi, jak psu, który skowyczy o jadło.

Ciemno. Zimno. Przed hotelem „Bristol” tyle światła.

— Żebrak! — Czemu się nie weźmiesz do pracy? Taki młody i nie wstydzi się żebrać. Masz zdrowe ręce i zdrowe nogi. — Stójkowy! — Do cyrkułu! — Taki młody.

Parias, wykolejeniec, upadły, zgubiony.

Z okien cukierni biją światła, aż oczy bolą. Tam ciepło, tam taki tłum. Tam dla mnie nie ma już miejsca: zniszczyłbym meble splamionym paltem, wystraszył gości siną, drżącą twarzą.

Wychodzi trzech młodych. Śmieją się.

— Jeszcze dziś nic nie jadłem, panowie — mówię nagle obcym, nieznanym głosem.

I zdejmuję zmięty kapelusz.