Żeby choć dzwonek, żeby choć ktoś przez omyłkę zadzwonił. Żeby choć ktoś lub coś, ktokolwiek lub cośkolwiek — jeden szmer, jeden dźwięk, jedna barwa, jeden błysk nikły — tak nikły, że ledwo go dostrzec można — ale żeby był, mówię — żeby był.
Nie ma!...
Tłoczy — nie, nawet nie tłoczy — dusi — i to nie — ani bólu, ani nic... nic... nic...
Dusza głodna — dusza chce jeść. Brzuch syty, a dusza głodna... — Chleba, czarnego chleba — czerstwego razowca myśli dla duszy bezmyślnej, która porasta pleśnią — którą we mgle wilgotnej, a może i cuchnącej — ogarnia, zagarnia, wchłania czy pochłania, pożera czy wysysa — pleśń czy rdza, czy trzęsawisko — czy cholera wie co — bo sam nie wiem, nic nie wiem — nic... nic...
— Chleba! chleba!
— Dziecko moje, tyś głodne?... Biedna córuś moja. Masz — masz. — Torcik pralinowy — ciastko kremowe. Jedz — niech ci będzie na zdrowie.
— Ja nie chcę. — Chleba mi dajcie.
— Masz, kapryśne stworzenie, masz, pociecho jedyna — masz chleb.
— Dla duszy, nie dla żołądka, mamo. Najmarniejszy, byle dla duszy.
— Dziecko drogie, nie płacz. Powiedz jaśniej. Ja nie rozumiem. Co to ma być za chleb? — Czego ty chcesz?