— A ta koleżanka brodę miała czy tylko wąsy?... A jak tu do ciebie przyjdzie jaka koleżanka kiedy, to ja ją tak...

I uderzył Mańkę pięścią w pochylony grzbiet, ale nieśmiało — nie z całej siły.

Zerwała się matka ze stołka — czerwona — drapieżna.

— Nie rusz jej — rozumiesz?

Wyprostował się. Zwrócił się całą postacią ku żonie. Nogi szeroko rozstawił.

— Aha! — to to taaak?

— Ano tak... Uuuch, ty zbóju!

— Aha! — to tak? To ja zbój. Ano dobrze: to ja zbój.

— Mańka, wyjdź.

— Nie, moja pani. Niech ona sobie posiedzi, a ja z mamą zrobię swój rachunek. Ba, ja zbój, a mama bardzo godna osoba i wielka dama.