A pan pryncypał?

Ba, jego synowie kształcą się w domu lub za granicą, chorują na zmodernizowany bajronizm8, a żona czytuje powieści z „Czytelni dla kobiet” lub inne. Pan pryncypał chodzi z żoną na koncerty do Filharmonii, na kolacje, do teatrów. To dochód — netto.

Przechodzę koło naszej „firmy”. Szyby błyszczą, gaz się pali, a w oknie: mydła, perfumy, eliksiry, pomady, szczotki do zębów. Na pierwszym miejscu własne wyroby, dalej — składy główne, jeszcze dalej — obce „wydawnictwa”.

To jest handel!...

Byłem w „Tygodniku”9 z ohydnie głupią nowelą:

Stary służący z prosektorium ma syna, który kształci się na fryzjera. Wieczorem młody fryzjer wprawia się w czesanie na trupach. Sadza je na fotelu, nagie, blade i nieruchome, zwilża skłębione włosy, fiksatuaruje10 i czesząc, opowiada nowiny z miasta — dowcipy — zupełnie jak żywym — żeby się wprawić. Jest nastrój.

Redaktor przyjmuje przed obiadem. Po co pójdę tam jutro? Aha — sława...

Zastawiłem breloki. A te dumania na temat: vanitas vanitatum11 — wykwitły na gruncie zamkniętej na cztery spusty kasy ojcowskiej. Ale mniejsza — i to jest natchnienie...

Byłem w cukierni i czytałem pisma. Przyszło mi na myśl, że to wszystko było nasamprzód pisane, potem żmudnie składane po literze przez zecera, potem poprawiane dwa razy — i to się nazywa naprzód, excelsior12 — wyżej — ad astra13...

Czybym ja, u diabła, więcej miał wiedzieć niż inni? A może to głupia, niezręcznie robiona poza?