Zgubiłem duszę.
Zgubiłem nie mopsa ulubionego, nie kwit lombardowy, nie książkę legitymacyjną lub fotografię kochanki — ale zgubiłem własną swoją duszę.
A bez duszy przecież żyć nie można... Co to będzie teraz?...
Ja nie umiem duszy szukać.
Uczyli mnie szukać logarytmów i sodu w rozczynie, i nerwów na trupie — ale jak szukać duszy, kiedy zaginie?...
Panowie! Ja proszę, żeby mi z duszy wyszli wszyscy, którzy tam siedzą: wszyscy wielcy i mali, mądrzy i mądrale, silni i słabi, dobrzy i źli, bohaterowie i niewolnicy, cynicy i zapaleńcy, szczerzy i obłudni, łajdacy i asceci — wszyscy — co do jednego.
Stańcie wszyscy długim, nieskończenie długim szeregiem, jak żołnierze na mustrze, stańcie ramię do ramienia. Może sobie jakoś poradzę.
Bo tak nie można. Bo w tym tłumie bezładnym stanowczo nie znajdę siebie — nic nie znajdę — a dłużej już tak nie mogę i nie chcę. Nie chcę — rozumiecie?
Tyle różnych, różnych dusz — a pośród nich zabłąkała się gdzieś moja jedna. Jak ja ją znajdę?
Proszę was, panowie, stańcie w szeregu — nie wstydźcie się. — Widzicie — wszyscy mi w duszy wiercili, każdy tam coś zostawiał, przestawiał. Widzicie, ja was wszystkich z taką ufnością wpuszczałem. No, i coście zrobili? Mierzwiliście, gnoiliście mi duszę pod zasiew życia — ażeście mi ją zaśmiecili — i krzywda mi się stała.