Kocha ją, bo podobna do anioła na obrazie w bocznym ołtarzu, bo ona czysta, a on był umyślnie na jednej ulicy, by zobaczyć jedną „taką” przed bramą.
Kocha go, bo on zgodziłby się ożenić pod jednym warunkiem: rozbierać się w tym samym pokoju, przenigdy. Całowałby ją dwa razy na rok w rękę, a raz na prawdę.
Doznają wszystkich uczuć miłości prócz jednego, którego brutalne podejrzenie dźwięczy w szorstkiem:
— Zamiast romansować, lepiejbyś... Zamiast sobie miłościami głowę zawracać, byłoby lepiej...
Dlaczego wyśledzili i szczują?
Czy źle, że kocha? Nawet nie kocha, a tylko bardzo lubi. Czy więcej od rodziców? Może to właśnie jest grzechem?
Jeśliby ktoś z nich musiał umrzeć? Boże, przecież ja proszę o zdrowie dla wszystkich.
Miłość w okresie dojrzewania nie jest niczem nowem. Jedni kochają już dziećmi będąc, drudzy jako dzieci już drwią z miłości.
— Ona jest twoja facetka; czy ona ci pokazała?
I chłopiec chcąc dowieść, że niema facetki, umyślnie jej nogę podstawia albo pociąga boleśnie za warkocz.