Ludzie, którzy późno spać chodzą, bywają dlatego chorzy, że noce spędzają na pijaństwie i rozpuście, a zmuszani pracą zawodową do wczesnego wstawania, śpią mało.
Neurastenik, który wstał raz o świcie, czuje się doskonale, ulegając suggestji.
Że dziecko, wcześnie się kładąc, mniej przebywa przy sztucznem oświetleniu, to plus nie tak znów wielki, w mieście, gdzie przy rannem świetle dnia nie może wybiedz w pole, a leży przy spuszczonych roletach, już rozleniwione, już chmurne, już kapryśne, zła przepowiednia dla rozpoczynającego się dnia...
W kilkudziesięciu wierszach tu, jak we wszystkich poruszonych w tej książce zagadnieniach, nie mogę rozwinąć tematu, który wymaga osobnego dzieła. Zadaniem mojem budzić czujność...
64
Czem jest dziecko, jako odmienna od naszej organizacja duchowa? Jakie są jej cechy, potrzeby, jakie kryje możliwości niedostrzeżone? Czem jest ta połowa ludzkości, żyjąca razem i obok nas w tragicznem rozdwojeniu? Nakładamy na nie brzemię obowiązków jutrzejszego człowieka, nie dając żadnego z praw człowieka dzisiejszego.
Jeśli podzielić ludzkość na dorosłych i dzieci, a życie, na dziecięctwo i dojrzałość, to tego dziecka na świecie i w życiu jest bardzo, bardzo dużo. Tylko że zapatrzeni we własną walkę, własną troskę, nie dostrzegamy go, jak dawniej nie dostrzegaliśmy kobiety, chłopa, ujarzmionych warstw i narodów. Urządziliśmy się tak, by nam dzieci najmniej przeszkadzały, najmniej domyślały się, czem istotnie jesteśmy i co istotnie robimy.
W jednym z paryskich domów dziecięcych widziałem dwie poręcze schodów: wysoką dla dorosłych, nizką dla małych. Pozatem geniusz wynalazczy wyczerpał się w jednej ławce szkolnej. To mało, bardzo mało. Spójrzcie na żebracze placyki dla dzieci, z wyszczerbionym kubkiem na zardzewiałym łańcuchu przy studni, w ogrodach magnackich stolic Europy.
Gdzie domy i ogrody, warsztaty i pola doświadczalne, narzędzia pracy i poznania dla dzieci, ludzi jutra? Jeszcze jedno okno, jeszcze sionka, dzieląca klasę od prewetu, tyle tylko dała architektura; jeszcze koń ceratowy i szabelka blaszana, tyle dał przemysł; malowanki na ścianach i sloid, niewiele; bajka, nie my ją wymyślili.
W naszych oczach z nałożnicy wyłoniła się kobieta-człowiek. Przez wieki ulegała przemocą narzuconej roli, tworzyła typ, urobiony przez samowolę i egoizm mężczyzny, który nie chciał widzieć wśród ludu kobiety pracownicy, jak nie widzi jeszcze dziecka-pracownika.