Ten jeden był niczego — poczciwe Niemczysko. Frycem go nazywał, śmieszny taki, kark miał gruby jak byk i sapał. Pięć tygodni szli, szli razem po błotach, ciężko było, donnerwetter52, błoto takie, że ha.

Zwinął bieliznę w kłębek i cisnął do rzeki; jedną koszulę zostawił, tylko tę jedną koszulę, którą dostał koło Pińska. Lato przecie53, niepotrzebne mu to wszystko, robactwo tylko gryzie od tych szmat.

Kamizelkę i bluzę zostawił, resztę utopił.

— Choroby, psiekrwie te Żydy.

Zaziębił się Franek pod Zbarażem. Cztery dnie i trzy noce uciekali; Węgrzy ich tak gnali, że strach. Znów tedy był u Moskali, zostawili go u Żyda w chałupie. Poczciwy był Żydzisko. „Nie uciekaj — powiada — chory jesteś”. Jak Węgrzy wieś zajęli, do lazaretu go oddał, kamizelką go okręcił, bo zimno było.

Bluzę dostał od Ukraińców. Śmieszne psiejuchy takie. Dywys, podywys — mówią, a to po polsku znaczy: „Patrzaj”. Dużo ich było po wsiach wszędzie. Dużo świata widział Franek, nic ciekawego. Góry trochę ładne, Dniepr szerszy od Wisły, ale w Wiśle woda przyjemniejsza.

Wszedł Franek do wody po kostki, palce w rzece zamoczył i przeżegnał się.

— Całą rzekę tam i z powrotem przepłynę. Na mieliźnie na środku odpocznę. A jak mi się uda jednym tchem Wisłę przepłynąć, wstąpię do polskiego wojska!

Do polskiego wojska!

Bo tamto co było? Nic. Trajlował54, że się bił. Włóczył się tylko. Włóczył się — nic więcej. O co miał się bić, po co się miał bić. Teraz co innego: