Powiedziała pani, że pani szkoda wyrzucić mnie ze szkoły, bo jestem zdolny i dlatego pani szkoda. Powiedziała pani, że mogę wrócić do szkoły, jeżeli dam słowo, że się nie będę bił, żebym się nie spóźniał, żebym nie psuł porządku. Więc ja słowa dać nie mogę, ale napiszę swoją obronę, a pani niech osądzi i robi, jak chce. Opiszę całe moje życie, bo nic tak bardzo złego nie zrobiłem, a koledzy mi dokuczali, bo mi zazdroszczą, dlatego że jestem inny, ale nie gorszy od nich.

Więc kiedy żył ojciec, było mi dobrze w domu, zacząłem już chodzić do szkoły i gdyby ojciec nie umarł, wszystko byłoby inaczej. Zostaliśmy się bez ojca: ja, matka, siostra i braciszek. Siostra miała angielską chorobę55, a braciszek był zdrów, ale mały. Matka zgodziła się do restauracji, a jak przynosiła do domu jedzenie, to nie chciałem objadać małych i szukałem roboty. Woziłem nie śmiecie, a mleko56. Żebym nawet woził śmiecie, to mi nie ubliża. Pani sama mówiła, że żadna praca nie hańbi, tylko potem wyszło inaczej — że hańbi. Przypomnę pani, jak to było. Kiedy zaczęli wołać na mnie: „kurierkarz57 i śmieciarz”, powiedziała pani, żeby się mnie nie czepiali i — żebym się nie gniewał. I gdyby oni przestali, toby tego wszystkiego nie było. Ale jak oni dalej mnie zaczepiali i ja się pobiłem, pani się rozgniewała i powiedziała przy wszystkich, że naprawdę zachowuję się jak śmieciarz i ulicznik. Jeżeli tak, to oni mają słuszność, więc ja miałem już ręce związane.

Więc mama pracowała ciężko, bo trzeba było kotły szorować; to nie była praca dla słabej kobiety, a mama była słaba i jak jeszcze ojciec był zdrów, miała bóle wewnętrzne i dwa razy leżała w szpitalu. Więc podźwignęła się i dostała krwotoku. Wuj nam pomagał, ale tylko trochę, bo mu ciotka robiła awantury. A ja, chociaż pracowałem od piątej rano do południa i od czwartej do wieczora, też mało zarabiałem. I wtedy mnie chłopak z tego podwórka namówił, żebym sprzedawał gazety, że będę dużo zarabiał. Pani może myśli, że sprzedawać gazety to zabawa. Wcale nie. Z początku to się wstydzę i boję się, żeby się nie omylić, nie dać dwóch kurierków zamiast jednego, żeby się nie rozsypały w błoto, żeby nie wydać za dużo reszty. Raz wykupisz za mało i martwisz się, że mogłeś więcej zarobić; raz kupisz za dużo i stracisz. Chcę dużo zarobić, żeby matce ulżyć, a wychodzi, że byle szczeniak więcej zarobi. Ja wiem, jak zobaczą, że chłopak żartuje albo się śmieje, to myślą, że tak każdy i zawsze, ale widzą tylko wesołych, a smutnego nie dostrzegą nawet. Wesoły więcej zarabia, bo jak kupują kurierki, to lubią pożartować. Pętakiem58 ja nigdy nie byłem, a że powiem, że jest coś ciekawego w gazecie — to takie kłamstwo wstydu nie przynosi, jak się ma matkę i dwoje dzieci. Nie chcę obmawiać kolegów, ale niech mi jeden powie w oczy, że nie kłamie. Tylko każdy inaczej kłamie, jeden tak, a drugi inaczej. Kiedy pani powiedziała wtedy: „wiem jeszcze o innych twoich grzechach”, to pani też nie powiedziała prawdy, bo pani nic nie wiedziała, tylko pani chciała mnie nastraszyć, żebym się przyznał, czy zjadłem jemu śniadanie.

A złodziejem nie byłem i nie jestem. Gdybym chciał być złodziejem, to może moja matka by nie umarła. Ale ja nie chciałem. Jeden jedyny raz spróbowałem przy tramwaju włożyć rękę do kieszeni, ale i wtedy nie myślałem kraść, tylko spróbowałem, jak to jest, sam nie wiem, czy przez żart, czy jak; ale nic nie wziąłem i nawet nie wiem, czy on miał co w kieszeni, czy nie.

Ulicznikiem żadnym nie byłem. Poznałem się z chłopakami, bo musiałem, ale żadnego przyjaciela nie miałem; tylko jak się rozmawiało, to się o wszystkim dowiedziałem. Dowiedzieć się jest co59 innego i nauczyć się też co innego. Pani powiedziała, żebym zapomniał o tym, co było. Nie, proszę pani, nic nie można zapomnieć, jak się już coś wie. A palić papierosy nauczyłem się wcale nie od gazeciarzy, a właśnie60 w szkole, kiedy jeszcze ojciec żył. To muszę pani otwarcie powiedzieć, że wolę tych uliczników nawet. Zawsze wieczorem układam sobie, że jak dorosnę, to założę prawdziwy klub dla chłopaków. Dla starszych nazwałbym klub andrusów, a dla małych — klub szczeniaków. Tak bym na złość nazwał. I będziemy mieli swój sztandar, i dumni będziemy ze swojej nazwy. A jakby ojczyźnie groziło niebezpieczeństwo, tobyśmy poszli złożyć w boju głowy, a piecuchy pochowaliby się61 w kąty. Już wróg wkracza do miasta, znikąd pomocy, a tu zjawia się w ostatniej chwili odsiecz. I zwyciężają. To moje legiony: andrusy, śmieciarze, szczeniaki, pętaki. A ostatnia kula mnie zabija. Ja płaczę, jak sobie o tym myślę. A w moim klubie nie byłoby żadnych dyrdymałek, tylko by każdy robił, co chce. Mają grać w karty albo w orła gdzie62 pod bramą, to niech grają w klubie. A potem nauczyłbym ich grać w warcaby, urządziłbym orkiestrę. Ja często grałem z ojcem w warcaby. A jak się jedną ręką daje, a drugą grozi, to każdy porządny ucieknie, a zostaną tylko lizuchy i cygany63, co w oczy robią miny, a za oczy się wyśmiewają.

Tylko ja bardzo proszę, żeby pani nic o tym chłopcom nie mówiła, bo oni tylko wyśmieją się. Już mam stąd naukę na całe życie.

Więc rodzice umarli, więc już nie miałem nikogo na świecie. Pani pewnie powie, że miałem przecież rodzeństwo. Ale co to jest: jedno miało cztery lata, a brat — siedem. Pomówić z nimi nie mogłem, a płaciłem tylko sąsiadce, że nas trzymała, bo nie mogła ze swojego dokładać. Teraz to bardzo chciałbym się dowiedzieć, gdzie są, czy żyją, czy umarli, ale ten przytułek przenieśli gdzieś i już pewnie nigdy ich nie zobaczę, a jak zobaczę, to nie poznam. Pani pamięta wtedy, co się pani gniewała na mnie, że nie mogłem powtórzyć o nietoperzu. Pani powiedziała, że jak raz siedzę spokojnie, to myślę o niebieskich migdałach. Więc to tak było, że na ulicy widziałem chłopca — i podobny był do mojego braciszka. Już przeszedłem, ale coś mnie jakby pchnęło, więc zawróciłem i zawołałem raz, ale on się nie obejrzał. Pomyślałem sobie, że jak on jest w przytułku, to skąd by sam chodził po ulicy — i zawróciłem. A w nocy śniła mi się mama, tak jak umierała. Usta miała trochę przekrzywione i patrzała na ścianę. A potem wzięła braciszka, ale on we śnie był zupełnie malutki, jak lalka — i podała mi go, i mówi: „masz, masz”, a ja wyciągnąłem rękę, żeby wziąć, ale się czegoś przestraszyłem i zacząłem uciekać. I obudziłem się. Jakbym wiedział, gdzie oni są, tobym miał do kogo iść w święto, ale już się nie dowiem.

Ja wtedy uważałem, jak pani mówiła o nietoperzu, ale słowa mi wchodziły do uszu, a w głowie myślałem, że jak mi się tak matka śniła, to może naprawdę spotkałem brata, więc szkoda, że zaraz nie zawróciłem i nie zawołałem go jeszcze raz, bo może on nie słyszał. Może go za sprawunkiem posłali albo go ktoś wziął do siebie.

Więc takie było moje życie. A teraz chcę pani napisać, co się później stało. Wuj wziął mnie do siebie, bo już byłem teraz sam i mogłem się wujowi przydać. Wuj powiedział, że woli swojego, bo jest pewniejszy od obcego chłopaka. Potem się dowiedziałem, że tamten chłopak wuja okradał. I wuj pozwolił mi chodzić do szkoły. Jestem wujowi wdzięczny, że mnie posyła do szkoły. A ze szkołą jest tak, że ja szkoły nie lubię. I myślę, że pani sama nie jest zadowolona, bo pani czasem jest zła, a czasem smutna, czasem mi pani żal, jak chłopcy dokazują i nie słuchają, a czasem chce mi się śmiać, że pani do nich tak mówi jak ksiądz, a oni sobie nic z tego nie robią. Bo co im pani zrobi — rozgrzeszenia im pani nie da? Więc panią oszukują tylko, a pani im wierzy. Za to nie lubię szkoły, a za co lubię, to już sam nie wiem.

Teraz już przystępuję do mojej obrony. Pani myśli, że się spóźniam do szkoły, bo mi się nie chce wstać albo się gapię na ulicy. Mnie ulica już nie ciekawi, już ja się napatrzyłem aż za dużo; ulica może bawić tylko takich, których matka nie puszcza na dwór, a nie mnie. Jak mam robotę, to muszę naprzód zrobić, więc nie mogę pani obiecać, że się nigdy nie spóźnię. Szkoda jest tylko dla mnie, a wchodzę cicho i nikomu nie przeszkadzam.