— Tygrys, sezam, karakorum. Niech mam taką kurę!
Ani wie, po jakiemu mówi zaklęcia, ani co znaczą. Wyrazy, których nigdy nie słyszał, albo przekręcił — i znane...
Patrzy przez okienko na gwiazdy, patrzy ostro na czapkę, gdzie kura się ma ukazać, to znów oczy przymyka.
Oddech zatrzyma, to powoli i głęboko, to znów prędko oddycha.
Ręce ma splecione, palce rozstawił szeroko, albo w pięść ścisnął.
Głowę podnosi, pochyla.
Mówi głośno, próbuje szeptem.
Nic i nic.
Ani kury, ani jednego, choćby maleńkiego jajeczka. Jak na złość.
Złote mu się nie udały, próbuje srebrne. Też nie.