I powtórzyło się to samo trzy razy — wieczór po wieczorze.
Miejsca w cyrku wyprzedane do ostatniego. Tylko Kajtuś już nie w trykocie, a w skórzanej kurtce, przybranej białym futerkiem. Murzyn prowadzi konia, a oni krzyczą i fotografują.
— Brawo, Czerwona Maska. Niech żyje!
Zmieniają się światła. Kajtuś puszcza baloniki w różnych kolorach, strzela z łuku w górę strzałami z czekolady, a te padają w ręce najmłodszych dzieci.
Tak uczcił szlachetny Paryż swego faworyta i triumfatora.
Jacy oni dobrzy, jacy mili — mówi Kajtuś. — Ale nie mogę przecież brać za darmo pieniędzy. Chcę podziękować, coś zrobić chcę dla Paryża — jakąś niespodziankę. Niech pan wymyśli — ja wszystko potrafię.
Dyrektor zapalił cygaro.
— Poczekaj. Już wiem. Dla dzieci szkolnych bezpłatne przedstawienie. Ale co?
Dyrektor wstał, chodzi po dywanie. Zatrzymał się. Nalał szklankę wina. Wypił. Mruczy coś pod nosem. Stanął przed Kajtusiem.
— Umiesz pływać?