— A co to byli za ludzie, ci czterej... panowie?
— To są moi detektywi, moja straż. Pilnują, żeby nikt na mnie nie napadł, żeby nikt do mnie nie strzelił.
— Ma pan wrogów?
Bogacz uśmiechnął się boleśnie.
— Mam wielu nieżyczliwych. Głodni i bezrobotni myślą, że to moja wina; a bogaci zazdroszczą mi, że mam więcej od nich; chcą mieć jeszcze więcej, a ja im przeszkadzam.
— Więc niech pan nie przeszkadza, niech pan da pracę i chleb tym, którzy nie mają.
— Gdybym chciał nie przeszkadzać, musiałbym zamknąć wszystkie moje kopalnie, fabryki i składy. Bo kto u mnie kupuje, nie kupuje u nich. Byłoby jeszcze więcej rodzin biednych bez pracy, nowe tysiące bezrobotnych.
— Więc pana lubią te tysiące ludzi, którzy pracują w pana kopalniach, biurach i fabrykach?
— Nie, nie lubią mnie.
— Może mało pan im płaci?