— Ty powiedz lepiej, co było, jak byłaś mała, opowiedz o ojcu i o babci, o mnie i o Helence.
— Helenka spokojniejsza była od ciebie. Może, bo dziewczynka, a może — bo mała. Choć ty zawsze urwis byłeś, już w kołysce samego nie można było zostawić: rozkopie się i chce wstać, a od świtu gada.
Mama mówi, czas szybko upływa. Wrócił ojciec.
— Oto masz swego gagatka. Patrz, cały podrapany, katastrofa kolejowa go spotkała. Czyta głupie kuriery139, a potem myśli o tym i bajdurzy. Oj, dałeś mi syna.
— Ty mi dałaś nicponia. Pokaż no się, Antek. Wiesz, stary dostał obstalunek140. A już źle było, nie chciałem ci tylko mówić. Teraz znów będzie robota na parę miesięcy. Ale wiesz, Antoś, dziwne te twoje rany: wyglądają jak nie dzisiejsze, a jakieś stare.
— No właśnie. Onegdaj141 była katastrofa.
— Och, chłopcze, muszę ja ciebie ukarać.
— Jak ojciec straci cierpliwość?
— Ano stracę... stracę.
— Jemu się — mówi mama — żarty w głowie trzymają, a ja aż drżę, jak narwaniec z domu wychodzi.