Teraz podchodzi Wiśniewski. Już rano nazwał mnie tajemniczym i wariatem. A teraz chce, żebym mu opowiadał.
— No co? Czego płakałeś? Bardzo cię zrugał? Trzeba było powiedzieć, że pchnęli.
— Jak chcesz, to sam sobie kłam — mówię.
I zaraz pożałowałem.
— Ooo, jaki prawdomówny! Patrzcie, chłopcy, Prawdziwca znalazłem!
Chcę odejść, a on zatrzymuje.
— Poczekaj, czego się tak spieszysz?
Nie puszcza, idzie obok i poszturchuje.
Wziąłem i odepchnąłem. A on jeszcze więcej.
— Tylko się znowu tak nie pchaj, bo to nie twoja szkoła. Myśli, że jak go pani pochwaliła, że zrobił jeden błąd, to mu się już wolno rozbijać.