„Jakie prawa można dać najmniejszym dzieciom?” — myśli Maciuś, ale mu trudno.
Kiedy ukrywał się w domu sierot, były tam małe dzieci. Starsze były niedobre dla nich. Biły, dokuczały, wyśmiewały. I Maciuś nie lubił ich wtedy: bo ciągle płakały. Ale może dlatego płakały tak często, że nie mają żadnych praw i nic im nie wolno? Jeden poseł powiedział wtedy: żeby nie było małych dzieci. Ale muszą być — bo jak urosną, będą większe.
„Chcę być królem dzieci — myśli Maciuś — ale nic nie wiem o małych dzieciach. Zapomniałem, kiedy byłem mały. Pewnie i dorośli wszystko zapomnieli, dlatego nie chcą dać dzieciom praw”.
Znów bierze Maciuś za wiosła — i dziwi się bardzo, że wyspa już blisko, a wcale go ręce nie bolą.
— Jutro będę czytał cały dzień, a pojutrze znów do Ali i Ala. Trzeba im zawieźć obrazki.
Rozdział ten powinien się nazywać:
„Najdziwniejszy rozdział z książki o Maciusiu”. Bardzo to było dziwne.
Więc kiedy Maciuś postanowił zbadać dokładnie wyspę, wziął rewolwer i poszedł do lasu. Przepłynął zatokę, wylądował w miejscu, gdzie wyspa się za rzeką rozszerzała, i idzie.
Bo czy nie wstyd mieszkać na małej wysepce i nie znać?
Akurat wczoraj czytał Maciuś straszną, pełną niebezpieczeństw podróż63 do bieguna i pomyślał: