Spokojny zawsze Walenty przewrócił czajnik z gorącą wodą, potłukł porcelanową figurkę, która stała na biurku Maciusia, i zgubił klucz od spiżami, że się obiad spóźnił o godzinę. Toż samo inni. Biegną, niby się pakują, nie mają niby czasu. A wiadomo, co ma żołnierz: kuferek, miseczkę i łyżkę — nic więcej. A wszystko z radości.

O godzinie piątej po południu przysłał pułkownik Dormesko ordynansa:

— Czy jego królewska mość raczy udzielić audiencji?

Wszedł wyprostowany w mundurze (cały czas chodził w szlafroku). Co to ma znaczyć?

— Przyszedłem złożyć waszej królewskiej mości raport pożegnalny.

— Więc i pan mnie opuszcza?

— Oto rozkaz.

I podał Maciusiowi papier, wciąż stojąc na baczność.

Maciuś przeczytał, spojrzał na pustą klatkę kanarka i tak mu było dziwnie, jakby tam na górze, nad morzem, sama wyrosła jeszcze jedna mogiłka.

Dobry, poczciwy Dormesko: na wszystkie żądania Maciusia się zgadzał, zawsze wszystko podpisywał.