Następnym okrętem znów przyjechało kilka dorosłych osób: będą mierzyć wyspę, muszą zrobić plan wyspy. Przyjechały dwie panie, będą rysowały. Przyjechał lekarz, zbadał Maciusia, napisał coś na arkuszu i zaraz tym samym okrętem odpłynął. Zaczęto budować jeszcze jeden domek, specjalnie na kancelarię. Przywieziono trąby, na których mieli grać pisarze, rzemieślnicy i dwaj chłopcy z warty. Orkiestra grała, rotmistrz, geometra i dwie panie — tańczyli. A Maciuś leżąc w łóżku — zapłakał.

Tak strasznie żal Maciusiowi pułkownika Dormesko, tak mu brak Walentego, który umiał sny tłumaczyć, tak smutno i źle, że gdyby nie dzieci z latarni i cmentarz na górze — ubrałby się, poszedł do gęstego lasu albo i wieżę samotną odszukał i tam się ukrył, albo poszedł do dzikich, którzy — wie Maciuś, że są, ale się ukrywają.

I nagle poczuł Maciuś, że coś chodzi po kołdrze.

„Pewnie mysz”.

Nie, było to zwierzątko większe od myszy, z małym ogonkiem — rude, z białymi łapkami. A co dziwniejsze, miało na szyi łańcuszek z jakimś ciężarkiem. Nie, to nie ciężarek, a orzech. A w orzechu był list od Klu-Klu.

Kochany Maciusiu — pisze Klu-Klu — serce mi mówi, że jest Ci źle na wyspie bezludnej. Z białymi się teraz wcale nie widuję, bo jest wielka wojna. Bum-Drum zabity. Jestem tak samo sierotą jak i Ty.

Dalej następował dokładny opis, jak należy odpowiedź włożyć do orzecha, jak orzech zakleić, żeby się papier nie zamoczył, kiedy szczurek będzie płynął przez morze.

Zrozumiał Maciuś, że to zwierzątko jest jakby gołąb pocztowy. W odpowiedzi uspokoił Klu-Klu, że mu dobrze, że nie wie jeszcze, czy na wyspie zostanie, żeby często do niego pisała.

I na cmentarzu Maciusia przybyła jeszcze mogiłka. Rozsunął Maciuś parkan z kamyków; bo jeśli na cmentarzu leżał już kanarek, to mu rodzice wybaczą, że i przyjaciel, choć ludożerca, leżeć będzie obok.

— Raz — dwa — trzy — cztery — pięć — policzył Maciuś, siadł na czółno i popłynął do Ali.