Wyszedł Maciuś do parku. Księżyc świeci. Tak ładnie i biało.
Pamięta każdy kącik. Tu z ojcem jeździł na kucu, tu w malinach spotkał się z Felkiem, co też on porabia? Tu puszczano fajerwerki, i tu sadzawka, w której go szukali, kiedy uciekł na wojnę.
Wszystko niby tak samo, a inne.
„Czy to wszystko się zmieniło, czy ja się zmieniłem. Ano — myśli Maciuś — wracam z tamtego świata”.
I nagle okropnie mu się zachciało ślizgać. Wrócił do pałacu: łyżwy leżą na zwykłym miejscu, cały czas leżały.
„Gdy ja wszędzie byłem — myśli Maciuś — one na tym samym miejscu leżą”.
Więc idzie i tak się ślizga sam jeden w parku królewskim na sadzawce przy świetle księżyca. Ma słuszność minister oświaty: jak się długo siedzi, trzeba się potem rozruszać.
Spał Maciuś długo: na królewskim łóżku. A kiedy się obudził, zapytał sam siebie, czy to, co przeżył, było snem, czy prawdą.
Koło południa list do królów został wysłany.
A królowie już wpierw wiedzieli, że Maciuś żyje, bo gazety o tym pisały. Ano, niby się cieszą, choć są i tacy, którzy się nie na żarty zlękli. Bali się, co znowu Maciuś zacznie wyrabiać. Ale zaraz się uspokoili, jak przeczytali notę128 Maciusia.