— Maciusiu! — zawołał smutny król przerażony. — Nie poznaję ciebie. Tego ci mówić nie wolno. Jutro możesz odzyskać państwo i koronę. Nazywasz tchórzami tych, którzy w ogniu bitwy wywiesili białą chorągiew. A ty, wódz i król, w wilię41 bitwy, która na pewno da ci zwycięstwo — sam siebie zdradzasz, i nie tylko siebie, ale swoje reformy, swoją pracę i walkę — sprawę dzieci. Zbudź się, Maciusiu. Pomyśl: jeszcze tylko ten jeden dzień, ostatni.
Siedzi Maciuś z głową opartą na ręce. Westchnął ciężko raz — drugi.
— I na co mi zwycięstwo? — zapytał szeptem.
— Tobie niepotrzebne, Maciusiu. Ale na twoje zwycięstwo czekają dzieci całego świata. One ci ufają. Ty obiecałeś. Nazwałeś się królem Reformatorem, tobie rąk opuszczać nie wolno.
Wstał Maciuś, wziął wędkę, poszedł na brzeg morza. A myśli jego musiały być ciężkie, bo choć ryby podpływały do samego brzegu — ani jednej do wieczora nie złowił.
Posiedzenie było bardzo burzliwe. Każdy mówił co innego, wszyscy byli zdenerwowani, tylko Pux spokojnie palił swoją fajkę.
— Mamy dwie różne sprawy — odezwał się lord Pux. — Jedna — to sprawa Maciusia i jego królestwa; a druga — sprawa dzieci. Jeżeli Maciuś otrzyma królestwo, dzieci będą się buntowały. Będzie wielki niepokój w całym świecie, wielki nieporządek w szkołach. Już królewicz Hestos prowadził pochód dzieci; a co będzie dalej? Dzieci mogą wybrać Maciusia za króla albo zażądają, żeby w każdym państwie było dwóch królów; jeden dla starych, drugi dla małych. Co wtedy zrobimy? Więc naprzód musimy postanowić, czy chcemy dać dzieciom prawa i jakie.
— Prawa? — ryknął cesarz Pafnucy. — Gdyby mój syn ośmielił się przyłączyć do buntu, ja bym mu spuścił portki i sprawił takie grzanie42, żeby popamiętał! Teraz jest głupia moda, że dzieci się nie bije. Trzeba bić, a jak nie pomoże, jeszcze raz bić. Trzeba bić ręką, jak nie pomoże — rózgą, jak i to nie pomoże — rzemieniem.
Wszyscy patrzą na Maciusia, ale on milczy.
— Kto chce zabrać głos? — pyta się lord Pux.