Przywiązał łódkę i prosto do latarni. Ale na drodze spotkał dzieci.

— Tata! — woła dziewczynka, biegnie do Maciusia; rączki wyciągnęła.

— Tata! Chodź! Ala grzeczna!

Zawadziła o kamień czy korzeń — bęc na ziemię — i w krzyk.

Chłopiec, pewnie brat, pomaga wstać, poprawia sukienkę. A ona znów się wyrywa — jeszcze ma łzy na buzi, a znów się śmieje, drepce do Maciusia i woła: „Tata!”

Braciszek się zatrzymał, patrzy, co z tego będzie. A Maciuś zatrzymał się i nie wie, co robić. Tak bardzo pragnął dopłynąć do dzieci, a teraz stoi i nie wie.

— Chodź do dziadzi! — woła mała. — Chodź! Ala grzeczna. Dziadzio tam. Chodź, tata.

I szarpie, i ciągnie Maciusia.

Strasznie nieprzyjemnie, jak trzeba coś powiedzieć, a nie wiadomo co.

— Alo, chodź. Tata, chodź. Alo, Ala, tata — do dziadzi.